wtorek, 24 kwietnia 2018
piątek, 2 marca 2018
piątek, 17 listopada 2017
Asteroida – 2096 rok (Część 3)
Nieśmiertelny Sojuz-K16 stał się teraz strategicznym holownikiem. Zacumował w naszym doku bez większych trudności. Jak tysiące razy wcześniej zresztą. Tylko, że teraz żyliśmy w zupełnie innej rzeczywistości, no i przytransportował nam cholernie niezbędną do przeżycia rzecz, wodę. Księżycową wodę. Anochin targował się z dowódcą Północnej Bazy III, Makarowem, przez wiele długich dni, zanim ten dobrodusznie zgodził się podarować nam odrobinę. Jakby drań nie rozumiał, że my naprawdę nie mamy skąd jej wziąć, a oni przecież śpią na jej księżycowych złożach. Później problemem było dostarczenie jej tutaj. Dowódca okołoksiężycowej, po równie długich negocjacjach zadecydował, iż ostatecznie zrobi to „dla dobra ludzkości”. W każdym razie, jakoś tak wzniośle się o tym wyraził. Cwaniak miał do dyspozycji Sojuza, z systemem holującym New Fregat. To cholernie dużo. A co my mamy? Sczepione z nami, bezużyteczne teraz Progress XXI i prywatną New Shepard, które nadawały się tylko do latania na niedostępną Ziemię.
Od myślenia o tym wszystkim, rozbolała mnie głowa. Wsparta o poręcz, patrzyłam przez okno w kierunku, otoczonej ciemnym pyłem, Planety. Po początkowym szoku i panice, instynkt samozachowawczy czy tam przetrwania, jak kto woli, zdominował poczynania większości z nas. Energia życiowa, nerwowo wytracana w płomieniach rozgorączkowanych emocji, przerzucana była teraz w kierunku wytężonej pracy. Duża w tym zasługa Anochina. Mówią, że dobrego dowódcę poznaje się dopiero w sytuacji kryzysowej. To, co wydarzyło się kilka tygodni temu, z całą pewnością kwalifikowało się do miana takiego właśnie ekstremalnego zdarzenia. Anochin, prywatnie mąż i ojciec piątki dzieci, ogarnął się w tym wszystkim chyba najszybciej z nas. Może pomogło mu twarde wyszkolenie wojskowe a może przekonanie, iż bliscy jednak przeżyli apokalipsę. Diabli raczą wiedzieć. Dość, że pochwycił i trzymał nas teraz silną ręką.
Łyk ciepłej, wodnistej kawy, spływał do żołądka, przyjemnie rozgrzewając ciało. Niespokojne wspomnienia, przeplatane luźnymi przemyśleniami, nadal krążyły w mojej głowie. Ciężko wzdycham, wpatrując się w okryty szarością glob, sunący cicho pod nami. Moją uwagę przykuwają coraz wyraźniejsze zawirowania w atmosferze. Od dłuższego już czasu staram się dostrzec w ich strukturze jakieś nieszczelności. Lekki szmer w korytarzu sekcji działa rozpraszająco i na chwilę odrywam od nich wzrok. Wołodia też ma teraz przerwę w pracy. Widzę, jak nieporadnie mocuje stopy w uchwytach przy sąsiednim oknie. Odwracam wzrok, nie chcąc go peszyć. To kosmiczny turysta, który tu utknął. Przyleciał na trzy dni, z jedną parą spodni i garstką bielizny. Teraz dostał służbowy uniform na zmianę, nieco przykrótki, bo akurat innego nie mieliśmy. Ma w ręce pożyczony kubek ze słomką, z którego powoli i z namaszczeniem wypija jakiś płyn. Kątem oka widzę, że równie intensywnie jak ja, usiłuje skupić swoją uwagę na ciemnoszarej powłoce, otaczającej Ziemię. Pozwalając swobodnie przebiegać myślom przez zmęczony umysł, uświadamiam sobie, iż lubię jego towarzystwo. Wołodia to jeden z nielicznych mieszkańców stacji, który skutecznie broni się przed popadaniem w ponury stan beznadziei i otępienia. Wciąż chyba nosi w sobie żywą nadzieję, że na dole ktoś jednak przetrwał. „Na Syberii nie takie mrozy mieliśmy” - już kilkakrotnie próbował zasiać w nas cień tej nadziei, kiedy Dowódca ponownie obwieszczał, iż nadal brak jest jakiegokolwiek sygnału z Ziemi.
---
- Ta nieszczelność w śluzie mogła nas zabić, idiotko! - darł się tak, że niemal cała Baza trzęsła się w posadach. Tym razem jednak nikt nie próbował go uspokoić. Nawet Dowódca stojący z boku, słuchał tylko, sprawiając wrażenie zamyślonego, jakby nieobecnego.
- Szmata i gary zmywać! Potem całą Bazę wyliżesz! Zejdź mi z oczu!
Drgnęła, ciężko oddychając, ale wciąż stała w miejscu. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ponownie się wytłumaczyć, ale ostateczne pod naporem wzroku Sierżanta, wyszła. W pomieszczeniu zaległa ponura cisza. Żołnierze i kilku cywili, oderwanych od swoich obowiązków krzykami, teraz powróciło do przerwanej pracy. Sierżant spojrzał wyczekująco na Dowódcę. Ten jednak nic nie odpowiedział. Odwrócił się na pięcie i wyszedł do swojej kwatery.
- To z przemęczenia. Przydzieliłeś jej za dużo obowiązków. - Stojący za plecami Sierżanta Inżynier, próbował go trochę stonować.
- Właśnie widzę. - Ten wycedził po chwili, zaciskając zęby w zdenerwowaniu. - O mały włos nie doszło przez nią do skażenia. Jak tak dalej pójdzie, to zdechniemy tu w radioaktywnych oparach.
Spojrzał na wskazania sensorów, wyświetlane na monitorach. Nadchodziła kolejna pyłowa nawałnica.
- Jeszcze i to! Szlag! Ściągnij ludzi i maszyny z terenu! Na dziś starczy. - Zamyślił się przez chwilę, po czym dodał, już dużo spokojniej i ciszej: - I wyślij ją do łóżka. Niech porządnie wypocznie. Jutro będzie potrzebna.
---
W korytarzu panuje taka cisza, że gdyby nie szum wentylatorów, pewnie słyszałabym bicie własnego serca. Widok za oknem, nie ulega większym zmianom. W głowie pobrzmiewają mi twarde słowa Anochina: „Nadzieja, to ważna rzecz, ale teraz musimy wdrożyć rozwiązania, które pozwolą nam tutaj przetrwać. Nawet zakładając, że ktoś się jednak pod nami uchował, to z całą pewnością ma teraz dość swoich problemów, aby zajmować się jeszcze naszymi. My zresztą też nie moglibyśmy nic zrobić, aby mu pomóc. Taka jest brutalna prawda. Musimy przyjąć, że zniszczeniu uległa cała infrastruktura na powierzchni Ziemi, w tym drogi, lądowiska, więc na razie nie ma opcji, abyśmy tam mogli wylądować.”
Przełykam głośno kawę, lekko się krztusząc. To sprawia, że przez moment ja i Wołodia patrzymy na siebie. - Dobry chłopak, troskliwy. - Przez myśl przelatuje mi szybka refleksja. Przestaję kaszleć i gestem dłoni daję mu sygnał, że już dobrze. Obracamy się i ponownie wypatrujemy czegoś w ponurym widoku, rozpościerającym się za oknami. Coraz cięższe myśli przetaczają się przez moją głowę. - Ci z okołoksiężycowej nie mają aż takich problemów. Są bardziej zżyci z mieszkańcami księżycowych baz naziemnych. Mają lepiej obcykaną wymianę towarów. Uniezależnili się w dużo większym stopniu od ziemskich zasobów niż my. I zrobili to niemal od razu. - Spuściłam oczy, wypuszczając głośno powietrze. Tym razem ostrożniej pociągnęłam przez słomkę łyka wodnistej kawy. Ból głowy zaczął się wzmagać. Teraz czuję wyraźnie, jak pulsująco narasta. - Może ta reglamentowana w mikroskopijnych ilościach kofeina coś pomoże. - Pociągnęłam kolejny łyk. - Nie mam sumienia prosić o coś przeciwbólowego. Nie mamy skąd brać leków, więc ich zapasy pewnie wkrótce i tak ulegną wyczerpaniu.
Cichy brzęczyk komunikatora wyrwał mnie z ponurego zamyślenia: - Odprawa w Sekcji Dowodzenia za dziesięć minut. - Spotykam się z nieco zdziwionym wzrokiem Wołodii, jednak oboje nie zdobywamy się na żaden komentarz. Wydaje mi się jedynie, że głos Anochina jest nieco bardziej podekscytowany niż zwykle. – Ciekawe, co tym razem? – Odczepiamy się od uchwytów i przemieszczamy, sunąc niezbyt płynnie w powietrzu, w kierunku centralnej sekcji.
piątek, 3 listopada 2017
czwartek, 26 października 2017
Asteroida - 2096 rok (Część 2)
Stał przy swoim teleskopie, ustawionym w ogrodzie, spokojnie sącząc piwo.
- Tam jest? Widzisz ją?
Przyłożyła oko do okularu i spojrzała w niebo. Dostrzegła drgający, ledwo widoczny punkt. Zadrżała. Chyba to zauważył.
- Chcesz łyka?
Nie odmówiła.
- To ile mamy czasu?
Nie odpowiedziała.
- A ktoś jeszcze, oprócz nas, wypatruje tego ustrojstwa?
- Możliwe. Ale jakie to ma teraz znaczenie?
Zimny trunek spływał do żołądka, dając chwilowe ukojenie rozpalonemu z emocji ciału. Spokojna, cicha okolica, z dolatującymi od czasu do czasu odgłosami rechoczących gdzieś w oddali żab, działała złudnie rozluźniająco. Astronom - amator, ze specyficznym nastawieniem do życia, powoli lustrował nocne niebo, kontrolując co jakiś czas ‘swoją’ asteroidę. Powiedział jej kiedyś, dawno temu: „Jeśli ogłoszą, że wkrótce zderzy się z nami jakaś kosmiczna skała, to chciałbym to zobaczyć. I to najlepiej siedząc w pierwszym rzędzie, żeby nic mi nie umknęło”. Rozsądne podejście, przy tej całej jego ciekawości świata, nieuchronności zdarzenia i gdy nie ma perspektyw na ratunek. - myślała, gdy wraz z nim spoglądała przez teleskop w kierunku nadlatującej skały…
---
Miała szeroko otwarte oczy i usta uchylone w niemym krzyku. Przywarła do okna i trwała tam jak sparaliżowana. Widziała jak potężna skała, przedzierając się przez atmosferę, zaczyna płonąć. Zewnętrzne warstwy asteroidy, trąc o cząsteczki powietrza, błyskawicznie rozpalały się do temperatury rzędu kilku tysięcy stopni, topiąc się i odparowując. Blask ognia odbijał się na jej przerażonej twarzy. Oniemiały z szoku współpracownik, również zastygł w bezruchu, tuż za jej plecami. Obserwowali gigantyczną kulę, otoczoną żarem, wbijającą się bezlitośnie w kontynent euroazjatycki. Potężna energia, uwalniana podczas zderzenia, unosiła ogromne połacie ziemi na wysokość kilku kilometrów. Sam moment zderzenia trwał kilkadziesiąt sekund, choć dla przerażonej kobiety, tkwiącej w oknie Stacji, nieskończoność. Ktoś szarpnął ją za ramię, a może tylko szturchnął przez przypadek. Zabolało. Zapatrzona w widok za oknem, nie zwróciła na to jednak większej uwagi. Ze stanu głębokiego odrętwienia wyrwał ją drżący głos współpracownika:
- Ale jak to możliwe, że nie otrzymaliśmy wcześniej żadnej informacji z naszych podstacji? Systemów namierzania? - szeptał zaszokowany, tuż nad jej ramieniem. Szybki i płytki oddech sprawił, że głos uwiązł mu w gardle. Nie skomentowała jego słów. Patrzyła przed siebie nieprzerwanie, zupełnie otępiała. Skutki kataklizmu rozprzestrzeniały się, ogarniając swoim zasięgiem coraz większy obszar planety. Zaczęła drżeć.
- A jakie to ma teraz znaczenie? - przebłysk myśli pojawił się na ułamek sekundy w jej świadomości i ledwo dostrzeżony, szybko umknął.
---
Życie na globie powoli zamierało. Promienie Słońca z trudem przedzierały się przez atmosferę planety, spowijaną coraz grubszą warstwą pyłów. Ziemia targana wstrząsami wtórnymi, z roztrzęsionymi i spękanymi płytami kontynentalnymi oraz rozbujanymi dnami oceanicznymi, zachwiała się na stabilnej dotąd orbicie. Rozbudzony gwałtownymi naprężeniami skorupy i płaszcza ziemskiego wulkanizm, eksplodujący z gwałtowną siłą, zaczął ulegać stopniowemu wygaszaniu. Temperatura spadała i z godziny na godzinę pogarszały się warunki, umożliwiające egzystencję resztkom cudem ocalałej z kataklizmu fauny i flory. Nad spowitą mroczną aurą planetę, nadciągnął czas ciszy i ciemności, przerywanej jedynie wiejącymi gdzieniegdzie wiatrami. Skalistą powierzchnię Ziemi zaczęła otulać potężna kołdra gigantycznego zimna, znamionująca nadejście epoki lodowcowej.
---
Minęło kilka tygodni. Niestety, do dzisiaj nie udało nam się nawiązać z nikim na Ziemi jakiegokolwiek kontaktu. Trwamy więc osamotnieni na orbicie. Mieszkańcy kilku baz na Księżycu i dwóch na Marsie są w zasadzie samowystarczalni. My i stacja okołoksiężycowa niestety musimy sobie to dopiero wypracować wieloma wyrzeczeniami i poświęceniem. Ja nadal trwam na swoim stanowisku w laboratorium, które teraz stało się jednym z kluczowych, dla przetrwania ludzi na Stacji. Zajmuję się optymalizacją i zwiększeniem produkcji pożywienia, bez którego przecież nie przetrwamy. Pojemniki z rozkwitającymi roślinami, ustawiane rzędem jeden przy drugim, zajmują teraz powierzchnię czterech sekcji. Jednak to wciąż mało. Od kilku dni przystosowujemy więc nową strefę. Pracy jest bardzo dużo, ale nikt nie narzeka. Musimy być niezależni aby jakoś przetrwać, podobnie jak te nieliczne ludzkie enklawy, porozsiewane na pozostałych dwóch globach.
Dziś znów źle spałam, więc zaczęłam pracę wcześniej. Wiem, że jeden posiłek musi mi wystarczyć, ale cały czas czuję głód. Przenosząc kolejny rozsadnik, zerwałam ukradkiem listek i włożywszy do ust, zaczęłam go delikatnie i powoli przeżuwać. Żywność była wciąż i długo jeszcze będzie, deficytowym towarem na Stacji. Podniosłam głowę i spojrzałam przed siebie. W powietrzu, tuż przed moją twarzą, zawisła kropla. Załączyłam cichy odkurzacz, po czym otarłam rękawem pot z czoła. Wielogodzinna praca była koniecznością, jeśli mamy przetrwać. Pozwalaliśmy sobie jedynie na niewielkie chwile wytchnienia, jednak ja teraz muszę zrobić sobie dłuższą pauzę, inaczej zasłabnę. Stanęłam przy oknie. Długo nie mogłam przez nie patrzeć w kierunku Ziemi. Od jakiegoś czasu spoglądam jednak coraz częściej, w nadziei, że gęsta warstwa ciemnego pyłu zacznie się w końcu przerzedzać i zdołam dojrzeć powierzchnię tego martwego teraz globu…
czwartek, 19 października 2017
Asteroida - 2096 rok (Część 1)
Zajęta sortowaniem dojrzewających roślinnych próbek w laboratorium, zerkała co jakiś czas w okno, w kierunku Ziemi. Stacja Kosmiczna sunęła bezszelestnie po okołoziemskiej orbicie, udostępniając widoki kolejnych połaci ‘błękitnej’ planety. Dźwięk cicho szumiących wentylatorów zagłuszany był jedynie przez spokojną melodię, którą delikatnie podśpiewywała pod nosem. Sczepione ze sobą sekcje Modułu Naukowego czasami lekko się kołysały. Drgania, przenoszone na elastycznych łączeniach, rozchodziły się wzdłuż całej Stacji. Kolejne drżenie wydało jej się silniejsze od pozostałych, więc zastygła w bezruchu, nasłuchując. Nagły odgłos skrzypienia, przerwał melodyjną ciszę i zdekoncentrował ją na tyle, że przez nieuwagę wysunęła nogi z opasek przytrzymujących. Odepchnęła lekko próbkę i pochwyciła uchwyt zainstalowany na ścianie sekcji. Jednak nie zdołała się go przytrzymać i nie udało jej się wrócić do równowagi. Przelatując powoli przez całe pomieszczenie, zatrzymała się miękko na przeciwległej ścianie. Stacja kończyła wykonywać rutynowy manewr, z wykorzystaniem bocznych silników, stabilizując swoją wysokość nad Ziemią. Współpracownik, obserwujący jej nieudolne ruchowe zmagania w stanie nieważkości, kiwnął ze zrozumieniem głową.
- Widzę, że wciąż nie możesz się przyzwyczaić? - zagadnął, przyglądając się jej uważnie. Spojrzała na niego z nieporadnym uśmiechem.
- Na razie wystarczy. Zrobimy przerwę. - Zdecydował i pociągnął ją za rękę w kierunku wyjścia. Wynurzyli się przez śluzę na korytarz. Wykonując płynne ruchy, wzdłuż ścian z okrągłymi oknami, poruszali się zwinnie do przodu. Po kilku metrach kobieta zatrzymała się przy jednym ze szklanych otworów, chcąc po raz kolejny wyjrzeć w kierunku Ziemi. Współpracownik płynnie odwrócił się w jej stronę i, chwytając za uchwyt przy ścianie, zatrzymał nieco dalej. Widząc, jak szeroko otwiera przerażone oczy, zbliżył się i sam wyjrzał na zewnątrz…
---
Wstrzymała oddech, analizując uzyskane dane. W półmroku, rozświetlanym jedynie ekranami monitorów, po raz kolejny usiłowała skupić całą swoją uwagę na rzędach cyferek. Kilkanaście godzin spędzonych na jednym z teleskopów, w potężnym kompleksie astronomicznym w Truszczynach, dawało się teraz porządnie we znaki jej zmęczonemu organizmowi. Dane przesłane przez znajomego miłośnika rozgwieżdżonego nieba były na tyle precyzyjne, że bez trudu odszukała pędzącą w przestrzeni międzyplanetarnej skałę. Patrzyła z coraz większym przerażeniem na wypełnione pola tabelek i projekcję przebiegu orbity potężnej asteroidy. Oddychała głęboko i niespokojnie. Ciche pikanie wskazywało na pojawienie się kolejnej partii danych. Ponownie wstrzymała oddech, sczytując je w skupieniu. Blade światło ekranu odbijało się na jej twarzy, uwidaczniając spływające ze skroni krople potu. W końcu opadła zrezygnowana na oparcie fotela i odchyliła głowę w kierunku niewielkiego, uchylonego okienka. Niesiona nocą cisza, przerywana jedynie delikatnym szumem aparatury i wentylatorów, nie dawała spodziewanego wytchnienia. Wstała i przeszła się wzdłuż ciemnego pomieszczenia, nie bardzo wiedząc, co ma teraz zrobić.
- A co, jeśli jednak się mylę? - niespokojne myśli kłębiły się w głowie. Dochodziła północ. Wzięła kilka głębokich oddechów. Dała sobie parę minut na uspokojenie emocji. Ostatecznie zdecydowała rozesłać uzyskane wyniki, gdzie tylko się da.
- I co dalej? - zastanawiała się, schodząc po stopniach ogromnego gmachu, skrywającego pod kopułą potężny teleskop. Szła, stawiając nerwowo kroki. Wykonała telefon do domu, ale nikt nie odbierał. Rozglądała się wokół, głęboko oddychając. Ogromna winnica, sąsiadująca z Obserwatorium, ciągnęła się aż po horyzont. Spojrzała w rozgwieżdżone, emanujące spokojem, niebo. Stała tak dłuższą chwilę, otulona nocną ciszą. Próbowała zebrać rozgorączkowane myśli, aż w końcu podjęła decyzję.
- Należy mu się odpowiedź. - wyszeptała, wsiadając do auta. Nie potrafiąc ocenić, ile czasu pozostało, ruszyła z piskiem.
- Widzę, że wciąż nie możesz się przyzwyczaić? - zagadnął, przyglądając się jej uważnie. Spojrzała na niego z nieporadnym uśmiechem.
- Na razie wystarczy. Zrobimy przerwę. - Zdecydował i pociągnął ją za rękę w kierunku wyjścia. Wynurzyli się przez śluzę na korytarz. Wykonując płynne ruchy, wzdłuż ścian z okrągłymi oknami, poruszali się zwinnie do przodu. Po kilku metrach kobieta zatrzymała się przy jednym ze szklanych otworów, chcąc po raz kolejny wyjrzeć w kierunku Ziemi. Współpracownik płynnie odwrócił się w jej stronę i, chwytając za uchwyt przy ścianie, zatrzymał nieco dalej. Widząc, jak szeroko otwiera przerażone oczy, zbliżył się i sam wyjrzał na zewnątrz…
---
Wstrzymała oddech, analizując uzyskane dane. W półmroku, rozświetlanym jedynie ekranami monitorów, po raz kolejny usiłowała skupić całą swoją uwagę na rzędach cyferek. Kilkanaście godzin spędzonych na jednym z teleskopów, w potężnym kompleksie astronomicznym w Truszczynach, dawało się teraz porządnie we znaki jej zmęczonemu organizmowi. Dane przesłane przez znajomego miłośnika rozgwieżdżonego nieba były na tyle precyzyjne, że bez trudu odszukała pędzącą w przestrzeni międzyplanetarnej skałę. Patrzyła z coraz większym przerażeniem na wypełnione pola tabelek i projekcję przebiegu orbity potężnej asteroidy. Oddychała głęboko i niespokojnie. Ciche pikanie wskazywało na pojawienie się kolejnej partii danych. Ponownie wstrzymała oddech, sczytując je w skupieniu. Blade światło ekranu odbijało się na jej twarzy, uwidaczniając spływające ze skroni krople potu. W końcu opadła zrezygnowana na oparcie fotela i odchyliła głowę w kierunku niewielkiego, uchylonego okienka. Niesiona nocą cisza, przerywana jedynie delikatnym szumem aparatury i wentylatorów, nie dawała spodziewanego wytchnienia. Wstała i przeszła się wzdłuż ciemnego pomieszczenia, nie bardzo wiedząc, co ma teraz zrobić.
- A co, jeśli jednak się mylę? - niespokojne myśli kłębiły się w głowie. Dochodziła północ. Wzięła kilka głębokich oddechów. Dała sobie parę minut na uspokojenie emocji. Ostatecznie zdecydowała rozesłać uzyskane wyniki, gdzie tylko się da.
- I co dalej? - zastanawiała się, schodząc po stopniach ogromnego gmachu, skrywającego pod kopułą potężny teleskop. Szła, stawiając nerwowo kroki. Wykonała telefon do domu, ale nikt nie odbierał. Rozglądała się wokół, głęboko oddychając. Ogromna winnica, sąsiadująca z Obserwatorium, ciągnęła się aż po horyzont. Spojrzała w rozgwieżdżone, emanujące spokojem, niebo. Stała tak dłuższą chwilę, otulona nocną ciszą. Próbowała zebrać rozgorączkowane myśli, aż w końcu podjęła decyzję.
- Należy mu się odpowiedź. - wyszeptała, wsiadając do auta. Nie potrafiąc ocenić, ile czasu pozostało, ruszyła z piskiem.
środa, 27 września 2017
UFO w polu
Pisołech niydowno, jak to ftosi borowoł mi dziury w brzuchu, coby sie wywjedzieć jo co myśla ło UFO.
Arthur C. Clarke, kery pisoł dużo s-f , ale tyż popularyzowoł nauka, pedzioł kedyś, że jak ftosi nigdy niy widzioł UFO to znaczy, że jest kepskim łobserwatorym. Zdarzało mu sie widzieć UFO, ale nigdy niy mog pedzieć z czystym sumjyniym :widziołech pojazd Obcych.
Mje tyż to sie zdarzało, ale nojlepsze boło, jakech mjoł ta sekunda abo dwje, żech zwontpjoł...
Kedyś siedzonc przi piwie po Konferencji Meteorytowej w Olsztynie z uczonom profesurom, doktorami, docyntami itp. keryś z profesorów cosik tam pośmjywnie zaczon o UFO godać. Nastawjoł żech ucha. Kedy skończoł godom:
- Jo kedyś widzioł UFO - na co profesor raczoł stwierdzić "Pierdolisz"! Inkszo rzecz, że to boła z moji strony czysto prowokacja. W Polskim Towarzystwie Meteorytowym mom zaszczyt być łod samego poczontku, tj. 2002r i nigdy sie niy zgodało na tyn tymat. No i widza w tych profesorskich łoczach ździwjynie na blank ; zdowoł sie (jo znaczy) bez tela lot normalny, a tu co momy?...
- Doczkej - godom. Powjym jak boło, a potym sie pośmiejsz. A boło to tak:
Jechołech niyskoro wjeczór, no, noc już właściwie boła z roboty na kole. Z Gliwic przez Przyszowice i na Chudów. Jedzie sie takom dość fest kryntom drogom z barzołami i lasym po bokach. Jesiyń głymboko już boła, mgła dość gynsto. Pociskom na kole w tyj mgle. Las po prawyj sie skończoł, i napoczły pola. Na polu, dobre 100 metrów w nim stoło te UFO. Łoświetlone, w kształcie dysku. Tak to wyglondało w tyj mgle. Rzondek lampek na dole i jedne jasne na wjyrchu. Szkoda żech aparatu niy mjoł! W pjyrwszyj sekundzie toch se pomyśloł: "Pjerona, majom mje!" W drugi sekundzie "Trza se to łobejrzeć z bliska". To, że to jest techniczne, a niy jakiś śwjycorz, niy miołech wontpliwości. Ślosżech z koła, zepar je ło drzewo i poszoł w pole ku tymu coś. Słychać boło ciche warczynie. UFO może warczeć pra? Ida i coroz lepi boło to widać, bo z jasnoka we ćmok żech wjechoł i łoczy zaczły sie sztalować. To boł traktor z prziczepom do rozciepowania gnoju. Niyspodziankom mi to mniy bolo. Szkoda!
Wszyske w śmjych, a profesor pyto ze śmjychym "No dobra, ale skond pomysł ło UFO?"
Bo to na pjyrwszy rzut łoka tak wyglondało, a jo niy mom tego zicheronga w łepje, w umyśle, że to niymożliwe, ale... Bo przeca jakbych niy sprawdzioł yno citnoł, to mogbych godać ło UFO, bo bych NIY WIEDZIOŁ co to boło. Musiołech sprawdzić, a niy domniymywać. Ale, jakby te coś wziyno i łodfurgło nigdy bych wom tego niy opowiedzioł...
Autor: Jerzy Strzeja
środa, 6 września 2017
SONDA
Obserwowała ją w skupieniu. Dane, przesyłane przez zewnętrzne detektory, były nadal niepokojące. Ich gwiazda, czerwony karzeł, już od dłuższego czasu, dawała im się we znaki. Iset monitorowała z niepokojem jej podwyższoną aktywność. Ostatnie rozbłyski, podczas których gwiazda wielokrotnie zwiększyła swoją jasność, uszkodziły prawie dwa procent instalacji, na większości platform mieszkalnych.
- Wciąż tutaj? Nie masz zamiaru dziś wracać do domu? – głos męża wyrwał ją z zamyślenia. Uśmiechnęła się, odwróciła od świetlistego wyświetlacza i podeszła ucałować go na powitanie.
- Dzieci zostają dziś dłużej w szkole, więc chciałam to wykorzystać – odpowiedziała, tuląc się do niego. – A co w kopalni? – spytała, zmieniając temat.
- Kończymy powoli na tej planetoidzie – zaczął, niemal jednocześnie całując jej szyję. – Wyeksploatowaliśmy ją doszczętnie. To żelazo-kamienna brekcja, więc teraz już coraz częściej napotykamy regolit czy inny krzemianowy gruz.
- Rozumiem. A te rozbłyski? Mam nadzieję, że nie utrudniają wam zbytnio życia? – spytała, z obawą w głosie, jednocześnie lekko odchylając się do tyłu, pod naporem dotyku jego ust. Oderwał je od niej na moment i patrząc głęboko, w czarne oczy, przycisnął ją mocno do siebie.
- Nie martw się, nic mi nie będzie. Zresztą, na kilka tygodni zacumuję w hucie, na drugiej planecie. Będę mógł teraz znacznie częściej przebywać w domu.
- Cudownie. – Jej oblicze momentalnie się rozjaśniło. Wczepił rękę w jej czarne, długie włosy i odchylając ją do tyłu, zupełnie się w niej zatracił.
Neferkare i Apopi wbiegli do mieszkania, krzycząc od drzwi chóralnie:
- Jeść!
Iset była na to, jak zawsze, doskonale przygotowana. Wypełnione po brzegi misy z jedzeniem, czekały na chłopców już od dobrych kilku minut.
- Mamo, mamo, widzieliśmy dziś Ziemię! – Apopi był wyjątkowo podekscytowany wydarzeniami, które odbyły się w szkole.
- Chyba gwiazdę, wokół której krąży Ziemia – poprawiła go. – Planet raczej nie mogliście widzieć z tego sprzętu, jakim dysponuje wasza szkoła.
- Tak, tak, ale wiesz mamo – przerwał w połowie na kilka sekund, potrzebnych do przełknięcia pożywienia – to będzie super czas, jak już nasza gwiazda wystarczająco zbliży się do Słońca. Będziemy mogli wtedy, w końcu polecieć na Ziemię! – Był tak przejęty, że jedzenie wypadało mu z ust.
- Drogie dzieci, cieszę się, iż nauczyciel potrafił rozbudzić w was takie zainteresowanie, ale musicie mieć świadomość – tu Iset przerwała na moment, aby zastanowić się nad właściwym doborem słów – że zbliżenie naszej gwiazdy do Słońca nastąpi za jakieś czterdzieści tysięcy lat. To mnóstwo czasu, moi kochani. I raczej tego nie doczekamy.
- Ale dzieci naszych dzieci doczekają, mamo. - Poważny głos Neferkare był dla niej lekkim zaskoczeniem. – I w końcu, zamiast żyć na orbicie tego czerwonego karła – kontynuował z poważną jak nigdy, miną - będziemy mogli zamieszkać na przyjaznej Ziemi.
Iset znała tęsknoty swoich dzieci. Od dawna były to również tęsknoty jej, jak i całej ich Cywilizacji. Odkąd niepowodzeniami kończyła się każda kolejna próba terraformowania skalistych globów tego układu, z utęsknieniem i nadzieją patrzyli w kierunku Słońca. Wszyscy bardzo chcieli wierzyć, że ich braciom, którzy przed tysiącleciami obrali tamten kierunek, udało się znaleźć sprzyjające życiu warunki na Ziemi.
- Podobno otwierają nowy człon orbitalny? Czy twój mąż już coś mówił na ten temat? – Bakmut podpytywała przyjaciółkę.
- Nie, nic nie wspominał. Wiem tylko, że na kilka tygodni przenieśli go do jednej z hut. Będzie tam nadzorował proces wytopu jakichś elementów stalowych. Niewykluczone, że będzie miało to coś wspólnego z tym, o co pytasz.
Odpowiedź Iset nie zadowoliła przyjaciółki, jednak przestała drążyć ten temat i spytała pełna obaw:
- Kiedy Dżehutimesa przeniesiono do jednej z kopalń, w której eksploatowano magmowe skały, a było to na pierwszej planecie, z trudem znosił to niskie ciśnienie, jakie tam panuje. Atmosfera była bardzo rzadka i jednocześnie tak toksyczna, że kombinezony wymieniano co kilka dni, choć przebywał w nich na zewnątrz, zaledwie kilka godzin na dobę.
- Rozumiem – Iset pokiwała głową – ale mój Thuoris będzie pracował na drugiej planecie. Po kilku nieudanych próbach jej terraformowania, atmosfera tam ma sporo tlenu i jest bardziej sprzyjająca. Praca na zewnątrz, pomimo, iż również będzie się odbywać w kombinezonach, będzie z pewnością przyjemniejsza.
- To prawda – Bakmut kiwnęła głową ze zrozumieniem i wzięła łyk słodkiego napoju do ust, przygotowanego przez Iset. Jeszcze długi czas kontynuowały spokojną rozmowę, w zacisznym pomieszczeniu, siedząc wygodnie przy potężnym oknie, z którego rozpościerał się wspaniały widok na niespokojną powierzchnię gwiazdy.
Herhor, główny nadzorca Muzeum Historii, zajmującego jedną z większych platform okołosłonecznych, od dłuższego już czasu czekał niecierpliwie na powrót bezzałogowej Sondy. Wysłano ją kilkadziesiąt lat temu, w celach rozpoznawczych. Udało się nadać jej prędkość, która stanowiła spory procent prędkości światła. Spoglądał teraz przez jedno z potężnych okien, na przytłaczający widok, przedstawiający czerwonego karła.
- Cierpliwość to cnota bogów – szeptał sam do siebie – ale bogowie świadkami, jeśli prawdą jest to, o czym od dawna się mówi, to będzie to najwspanialsza informacja, jaką usłyszę za swojego życia. – Tu przerwał monolog i kontemplując, opuścił głowę w zadumie.
- Czy już słyszałeś najnowsze wieści? – Iset wbiegła do potężnego holu, przerywając mu stan zadumy. Herhor nie poruszył się. Zamknął oczy i czekał w skupieniu na to, co ma mu do powiedzenia.
- Przechwyciliśmy naszą powracającą Sondę na obrzeżach Układu. Powinna tu być za kilka godzin. Najciekawsze jest jednak to, że nie przybyła tutaj sama. Mówi się, że najprawdopodobniej przywiozła urządzenie z informacjami od naszych przodków, którym być może dopisało szczęście i zdołali osiedlić się na Ziemi! – Iset dyszała ciężko z podekscytowania. Herhor powoli podniósł głowę, spojrzał przed siebie, marszcząc brwi.
- Nareszcie – wyszeptał.
Potężnych rozmiarów Sonda, płynnie wlatywała do monumentalnego hangaru. Herhor, wraz z współpracownikami, przyglądał się temu spokojnie, stojąc na wysokim podeście. Po zacumowaniu na podjeździe, w kształcie piramidy, nastąpiło automatyczne otwarcie śluzy Sondy. Na ruchomej taśmie wyjechał Obiekt, który nikomu z niczym się nie kojarzył. Jedyne, czego obserwatorzy byli pewni, to to, iż nie był on wytworem ich Cywilizacji. Herhor z namaszczeniem zszedł w podestu i podszedł do niezidentyfikowanego Obiektu. Przyjrzał się mu uważnie i wtedy dostrzegł dziwny napis. Wszyscy wstrzymali oddech a on w skupieniu objął go, nic nie rozumiejącym wzrokiem: VOYAGER 1.
Epilog
- Panie Profesorze, proszę o więcej szczegółów. Kiedy 5 września 1977 roku, z Przylądka Canaveral na Florydzie, wystrzelono sondę Voyager 1, powodzenie tej misji było wielką niewiadomą. Mamy rok 2027. Minęło więc 50 lat. Czy dziś możemy powiedzieć, że misja tej sondy się udała? – Reporterka przeprowadzająca wywiad z astronomem, podsunęła mikrofon pod twarz swojego rozmówcy.
- Cóż, misja tej sondy trwa nadal. Jednak już teraz możemy powiedzieć, iż z większości zadań, jakie dla niej zaplanowano, wywiązała się z powodzeniem.
– Rozumiem. Jednak faktem jest, iż na skutek wyczerpania się energii, potrzebnej do utrzymania pracy instrumentów zainstalowanych w tej sondzie, od dwóch lat nie mamy z nią kontaktu. Jaka będzie zatem dalsza jej przyszłość? – Reporterka nieustępliwie drążyła temat. Profesor pogładził swoją długą, siwą brodę, po czym, po chwili namysłu, spokojnie odpowiedział:
- Obecnie sonda znajduje się w krańcowym obszarze heliosfery. Za około 300 lat dotrze do Obłoku Oorta. Według przewidywań, jeśli nie wydarzy się tam nic nieoczekiwanego, w dość odległej przyszłości, sonda ta ma szansę przelecieć w odległości 1,64 roku świetlnego od gwiazdy Gliese 445. Ten czerwony karzeł obecnie zbliża się do naszego Układu Słonecznego i za około czterdzieści tysięcy lat, znajdzie się w odległości około 4 lat świetlnych. A co się będzie działo dalej, cóż…
- Wciąż tutaj? Nie masz zamiaru dziś wracać do domu? – głos męża wyrwał ją z zamyślenia. Uśmiechnęła się, odwróciła od świetlistego wyświetlacza i podeszła ucałować go na powitanie.
- Dzieci zostają dziś dłużej w szkole, więc chciałam to wykorzystać – odpowiedziała, tuląc się do niego. – A co w kopalni? – spytała, zmieniając temat.
- Kończymy powoli na tej planetoidzie – zaczął, niemal jednocześnie całując jej szyję. – Wyeksploatowaliśmy ją doszczętnie. To żelazo-kamienna brekcja, więc teraz już coraz częściej napotykamy regolit czy inny krzemianowy gruz.
- Rozumiem. A te rozbłyski? Mam nadzieję, że nie utrudniają wam zbytnio życia? – spytała, z obawą w głosie, jednocześnie lekko odchylając się do tyłu, pod naporem dotyku jego ust. Oderwał je od niej na moment i patrząc głęboko, w czarne oczy, przycisnął ją mocno do siebie.
- Nie martw się, nic mi nie będzie. Zresztą, na kilka tygodni zacumuję w hucie, na drugiej planecie. Będę mógł teraz znacznie częściej przebywać w domu.
- Cudownie. – Jej oblicze momentalnie się rozjaśniło. Wczepił rękę w jej czarne, długie włosy i odchylając ją do tyłu, zupełnie się w niej zatracił.
Neferkare i Apopi wbiegli do mieszkania, krzycząc od drzwi chóralnie:
- Jeść!
Iset była na to, jak zawsze, doskonale przygotowana. Wypełnione po brzegi misy z jedzeniem, czekały na chłopców już od dobrych kilku minut.
- Mamo, mamo, widzieliśmy dziś Ziemię! – Apopi był wyjątkowo podekscytowany wydarzeniami, które odbyły się w szkole.
- Chyba gwiazdę, wokół której krąży Ziemia – poprawiła go. – Planet raczej nie mogliście widzieć z tego sprzętu, jakim dysponuje wasza szkoła.
- Tak, tak, ale wiesz mamo – przerwał w połowie na kilka sekund, potrzebnych do przełknięcia pożywienia – to będzie super czas, jak już nasza gwiazda wystarczająco zbliży się do Słońca. Będziemy mogli wtedy, w końcu polecieć na Ziemię! – Był tak przejęty, że jedzenie wypadało mu z ust.
- Drogie dzieci, cieszę się, iż nauczyciel potrafił rozbudzić w was takie zainteresowanie, ale musicie mieć świadomość – tu Iset przerwała na moment, aby zastanowić się nad właściwym doborem słów – że zbliżenie naszej gwiazdy do Słońca nastąpi za jakieś czterdzieści tysięcy lat. To mnóstwo czasu, moi kochani. I raczej tego nie doczekamy.
- Ale dzieci naszych dzieci doczekają, mamo. - Poważny głos Neferkare był dla niej lekkim zaskoczeniem. – I w końcu, zamiast żyć na orbicie tego czerwonego karła – kontynuował z poważną jak nigdy, miną - będziemy mogli zamieszkać na przyjaznej Ziemi.
Iset znała tęsknoty swoich dzieci. Od dawna były to również tęsknoty jej, jak i całej ich Cywilizacji. Odkąd niepowodzeniami kończyła się każda kolejna próba terraformowania skalistych globów tego układu, z utęsknieniem i nadzieją patrzyli w kierunku Słońca. Wszyscy bardzo chcieli wierzyć, że ich braciom, którzy przed tysiącleciami obrali tamten kierunek, udało się znaleźć sprzyjające życiu warunki na Ziemi.
- Podobno otwierają nowy człon orbitalny? Czy twój mąż już coś mówił na ten temat? – Bakmut podpytywała przyjaciółkę.
- Nie, nic nie wspominał. Wiem tylko, że na kilka tygodni przenieśli go do jednej z hut. Będzie tam nadzorował proces wytopu jakichś elementów stalowych. Niewykluczone, że będzie miało to coś wspólnego z tym, o co pytasz.
Odpowiedź Iset nie zadowoliła przyjaciółki, jednak przestała drążyć ten temat i spytała pełna obaw:
- Kiedy Dżehutimesa przeniesiono do jednej z kopalń, w której eksploatowano magmowe skały, a było to na pierwszej planecie, z trudem znosił to niskie ciśnienie, jakie tam panuje. Atmosfera była bardzo rzadka i jednocześnie tak toksyczna, że kombinezony wymieniano co kilka dni, choć przebywał w nich na zewnątrz, zaledwie kilka godzin na dobę.
- Rozumiem – Iset pokiwała głową – ale mój Thuoris będzie pracował na drugiej planecie. Po kilku nieudanych próbach jej terraformowania, atmosfera tam ma sporo tlenu i jest bardziej sprzyjająca. Praca na zewnątrz, pomimo, iż również będzie się odbywać w kombinezonach, będzie z pewnością przyjemniejsza.
- To prawda – Bakmut kiwnęła głową ze zrozumieniem i wzięła łyk słodkiego napoju do ust, przygotowanego przez Iset. Jeszcze długi czas kontynuowały spokojną rozmowę, w zacisznym pomieszczeniu, siedząc wygodnie przy potężnym oknie, z którego rozpościerał się wspaniały widok na niespokojną powierzchnię gwiazdy.
Herhor, główny nadzorca Muzeum Historii, zajmującego jedną z większych platform okołosłonecznych, od dłuższego już czasu czekał niecierpliwie na powrót bezzałogowej Sondy. Wysłano ją kilkadziesiąt lat temu, w celach rozpoznawczych. Udało się nadać jej prędkość, która stanowiła spory procent prędkości światła. Spoglądał teraz przez jedno z potężnych okien, na przytłaczający widok, przedstawiający czerwonego karła.
- Cierpliwość to cnota bogów – szeptał sam do siebie – ale bogowie świadkami, jeśli prawdą jest to, o czym od dawna się mówi, to będzie to najwspanialsza informacja, jaką usłyszę za swojego życia. – Tu przerwał monolog i kontemplując, opuścił głowę w zadumie.
- Czy już słyszałeś najnowsze wieści? – Iset wbiegła do potężnego holu, przerywając mu stan zadumy. Herhor nie poruszył się. Zamknął oczy i czekał w skupieniu na to, co ma mu do powiedzenia.
- Przechwyciliśmy naszą powracającą Sondę na obrzeżach Układu. Powinna tu być za kilka godzin. Najciekawsze jest jednak to, że nie przybyła tutaj sama. Mówi się, że najprawdopodobniej przywiozła urządzenie z informacjami od naszych przodków, którym być może dopisało szczęście i zdołali osiedlić się na Ziemi! – Iset dyszała ciężko z podekscytowania. Herhor powoli podniósł głowę, spojrzał przed siebie, marszcząc brwi.
- Nareszcie – wyszeptał.
Potężnych rozmiarów Sonda, płynnie wlatywała do monumentalnego hangaru. Herhor, wraz z współpracownikami, przyglądał się temu spokojnie, stojąc na wysokim podeście. Po zacumowaniu na podjeździe, w kształcie piramidy, nastąpiło automatyczne otwarcie śluzy Sondy. Na ruchomej taśmie wyjechał Obiekt, który nikomu z niczym się nie kojarzył. Jedyne, czego obserwatorzy byli pewni, to to, iż nie był on wytworem ich Cywilizacji. Herhor z namaszczeniem zszedł w podestu i podszedł do niezidentyfikowanego Obiektu. Przyjrzał się mu uważnie i wtedy dostrzegł dziwny napis. Wszyscy wstrzymali oddech a on w skupieniu objął go, nic nie rozumiejącym wzrokiem: VOYAGER 1.
Epilog
- Panie Profesorze, proszę o więcej szczegółów. Kiedy 5 września 1977 roku, z Przylądka Canaveral na Florydzie, wystrzelono sondę Voyager 1, powodzenie tej misji było wielką niewiadomą. Mamy rok 2027. Minęło więc 50 lat. Czy dziś możemy powiedzieć, że misja tej sondy się udała? – Reporterka przeprowadzająca wywiad z astronomem, podsunęła mikrofon pod twarz swojego rozmówcy.
- Cóż, misja tej sondy trwa nadal. Jednak już teraz możemy powiedzieć, iż z większości zadań, jakie dla niej zaplanowano, wywiązała się z powodzeniem.
– Rozumiem. Jednak faktem jest, iż na skutek wyczerpania się energii, potrzebnej do utrzymania pracy instrumentów zainstalowanych w tej sondzie, od dwóch lat nie mamy z nią kontaktu. Jaka będzie zatem dalsza jej przyszłość? – Reporterka nieustępliwie drążyła temat. Profesor pogładził swoją długą, siwą brodę, po czym, po chwili namysłu, spokojnie odpowiedział:
- Obecnie sonda znajduje się w krańcowym obszarze heliosfery. Za około 300 lat dotrze do Obłoku Oorta. Według przewidywań, jeśli nie wydarzy się tam nic nieoczekiwanego, w dość odległej przyszłości, sonda ta ma szansę przelecieć w odległości 1,64 roku świetlnego od gwiazdy Gliese 445. Ten czerwony karzeł obecnie zbliża się do naszego Układu Słonecznego i za około czterdzieści tysięcy lat, znajdzie się w odległości około 4 lat świetlnych. A co się będzie działo dalej, cóż…
niedziela, 27 sierpnia 2017
ZŁOWROGI ANTARES
ZŁOWROGI ANTARES
Łzy ciekły jej po twarzy, gdy patrzyła w rozpościerający się przed sobą widok, nieprzebytej, mrocznej przestrzeni kosmicznej.
- Już ich nawet nie widać... - Myślała gorzko. Kolejna grupa uciekinierów opuściła Układ.
Ona nie miała zbyt wielu szans. Ewakuacja, kontynuowana od wielu już pokoleń, jej póki co, nie objęła. Inni okazywali się lepsi, bogatsi, czyściejsi genetycznie...
Warunki na planecie, na której kiedyś mieszkali ich przodkowie, obecnie były bardzo niestabilne.
Uciekli więc z jej powierzchni, już dawno temu.
Od kilkunastu pokoleń utrzymywali się na orbicie, w jej cieniu, chroniąc się przed promieniowaniem czerwonego nadolbrzyma. Super masywny kolos, o stosunkowo chłodnej obecnie powierzchni, był towarzyszem ich niepozornej, niebieskiej gwiazdki, która obecnie znajdowała się w stabilnym ciągu głównym.
- Marzyła o spacerze po plaży, chłodnej bryzie, falach delikatnie muskających stopy... - Znała to cudowne uczucie, bo kilka razy zdarzyło jej się zlecieć na planetę.
Ale już od dawna przebywanie na jej powierzchni, gdy potężny towarzysz ich gwiazdy głównej w każdej chwili może eksplodować jako supernowa, było bardzo ryzykowne.
Łzy ponownie zaczęły cieknąć po jej twarzy. Od dłuższej już chwili ich nie ocierała. Nie miało to sensu, bo za nimi napływały kolejne, i kolejne, i kolejne...
Cień planety, w razie wybuchu, był dla porozrzucanych na stacjach orbitalnych mieszkańców, jedyną osłoną. Dni ich Cywilizacji, już dawno temu, zostały policzone.
Ci nieliczni, uprzywilejowani, którym udało się wyrwać, i uciec, porozlatywali się w różnych kierunkach. Czasami zastanawiała się, czy aby na pewno to oni są tymi, wygranymi?
Jaki warunki napotkają na planetach, które postanowili zasiedlić?
Czy będą miały już jakichś mieszkańców? Co stanie się wtedy?
Czy będą musieli walczyć, czy zostaną przyjęci pokojowo?
Pytań i wątpliwości było tysiące. Jednak spora grupa decydowała się ryzykować, nie widząc żadnej nadziei, na przetrwanie ich Cywilizacji tutaj.
Ona, i jej podobni, bez większych szans na ucieczkę, lub zwyczajnie nie chcący nigdzie uciekać, mieli jednak nadzieję...
Część naukowców skłaniała się ku temu, iż niewielka, błękitna gwiazdka ciągu głównego, wokół której krąży ich planeta, przetrwa wybuch swojego potężnego towarzysza bez większego szwanku.
Martwili się jednak o swoją planetę. Czy będą mieli gdzie wracać?
Czy promieniowanie, które będzie emitowane przez nowo powstałą po wybuchu gwiazdę neutronową, nie uniemożliwi im życia na ich planecie?...
Oderwała się od szyby i postanowiła przejść cichym, ponurym korytarzem.
Warunki na stacji były znośne, choć trudno było je nazwać komfortowymi.
Jej to jednak nie przeszkadzało. Przywykła już. To jej dom, tu się urodziła. Tu wyszła za mąż. Tu się urodziły jej dzieci.
Szła powoli, z opuszczoną głową, głęboko zamyślona.
W końcu przystanęła przy kolejnym, niewielkim oknie.
Planeta znajdowała się obecnie w zewnętrznej strefie systemu.
Z okna rozpościerał się podobny do poprzedniego widok.
Nie obejmował on setek stacji orbitujących w cieniu malutkiej planety, czy krążącej dalej, ich niepozornej, niebieskiej gwiazdki czy... potężnego, czerwonego nadolbrzyma.
- Znów te łzy...
Mało kto sypiał spokojnie. Nie znano dnia ani godziny, kiedy to wszystko się zacznie. Zupełnie jak z wulkanami na ich planecie.
Wiedziano o nich bardzo dużo, monitorowano różne parametry z nimi związane, a i tak, sam moment eksplozji pozostawał nieprzewidywalny...
- Ludzie powinni żyć na planetach, które je zrodziły... - Myślała nie raz, spożywając jałowy w smaku posiłek w jadłodajni, wśród dziesiątek podobnie, jak ona, egzystujących tu ludzi.
- Przy spokojnych, życiodajnych gwiazdach... - Rozmarzyła się...
Wstępne szacunki nie były niestety zbyt optymistyczne.
Naukowcy formułowali różne teorie i hipotezy. Część uważała, iż schronienie może im przynieść, ukrywanie się po przeciwległej stronie ich rodzinnej planety.
Zresztą, obecnie nie mieli i tak innego wyjścia. Miała nadzieję, iż w najgorszym wypadku, będą zmuszeni nadal żyć w orbitujących wokół planety, stacjach kosmicznych.
Zdążyli przywyknąć już do życia w cieniu swojego, kiedyś życiodajnego globu.
Nadal odwiedzali go i korzystali z dobrodziejstw z nim związanych, takich jak choćby, eksploatacja zasobów naturalnych. Po eksplozji jednak, wszystko może ulec zmianie.
- Znów te łzy... - Pomyślała zniecierpliwiona. Jej dzieci nie powinny widzieć, że płacze. Wkrótce wyjdą ze szkoły. Wspólnie zjedzą coś w jadłodajni
i wspólnie udadzą się do swoich skromnych kajut.
- Mam wspaniałą wiadomość! - Jej mąż grzmiał od śluz kajuty. - Zakwalifikowaliśmy się! Polecimy tam cała rodziną!
Dzieci doskoczyły do niego i rzuciły mu się na szyję. Ona nie wiedziała, co odpowiedzieć.
Słowa ugrzęzły jej w gardle.
- To wspaniała szansa na przetrwanie dla nas! - Objął ją i przytulił mocno.
Płakała. Tym razem już nie zważając na dzieci, płakała otwarcie.
Około pięciuset lat świetlnych od nich odkryto niepozorną gwiazdkę ciągu głównego, którą obiegało kilka planet. Naukowcy zwrócili szczególną uwagę na trzecią planetę tego układu. Sprawiała wrażenie stabilnej i miała niewielki księżyc. To ona stanowi cel ich podróży.
Pożegnanie z pozostającymi na stacji przyjaciółmi, resztą rodziny, było smutne i, pomimo usilnych starań, bardzo przygnębiające.
- Kiedyś i wam się uda. Też polecicie... - Wzajemne pocieszanie nie przynosiło żadnej ulgi.
Wyglądała przez niewielkie okno ich nowego statku kosmicznego. Lecieli wśród dziesięciu tysięcy wybrańców. Była jedną z ostatnich nadal przytomnych osób na pokładzie. Jej rodzina została już dawno ulokowana na swoich miejscach. Mają przed sobą kilkaset lat, zanim dolecą do celu. Ponad 99 procent tego czasu przehibernują w specjalnych komorach.
Wkrótce zaśnie i ona.
A co będzie potem...?
Czy uda im się dolecieć...?
Co lub kto, będzie tam na nich czekać...?
- Znów te łzy... - Pomyślała zniecierpliwiona, pogrążając się w coraz głębszym śnie...
Łzy ciekły jej po twarzy, gdy patrzyła w rozpościerający się przed sobą widok, nieprzebytej, mrocznej przestrzeni kosmicznej.
- Już ich nawet nie widać... - Myślała gorzko. Kolejna grupa uciekinierów opuściła Układ.
Ona nie miała zbyt wielu szans. Ewakuacja, kontynuowana od wielu już pokoleń, jej póki co, nie objęła. Inni okazywali się lepsi, bogatsi, czyściejsi genetycznie...
Warunki na planecie, na której kiedyś mieszkali ich przodkowie, obecnie były bardzo niestabilne.
Uciekli więc z jej powierzchni, już dawno temu.
Od kilkunastu pokoleń utrzymywali się na orbicie, w jej cieniu, chroniąc się przed promieniowaniem czerwonego nadolbrzyma. Super masywny kolos, o stosunkowo chłodnej obecnie powierzchni, był towarzyszem ich niepozornej, niebieskiej gwiazdki, która obecnie znajdowała się w stabilnym ciągu głównym.
- Marzyła o spacerze po plaży, chłodnej bryzie, falach delikatnie muskających stopy... - Znała to cudowne uczucie, bo kilka razy zdarzyło jej się zlecieć na planetę.
Ale już od dawna przebywanie na jej powierzchni, gdy potężny towarzysz ich gwiazdy głównej w każdej chwili może eksplodować jako supernowa, było bardzo ryzykowne.
Łzy ponownie zaczęły cieknąć po jej twarzy. Od dłuższej już chwili ich nie ocierała. Nie miało to sensu, bo za nimi napływały kolejne, i kolejne, i kolejne...
Cień planety, w razie wybuchu, był dla porozrzucanych na stacjach orbitalnych mieszkańców, jedyną osłoną. Dni ich Cywilizacji, już dawno temu, zostały policzone.
Ci nieliczni, uprzywilejowani, którym udało się wyrwać, i uciec, porozlatywali się w różnych kierunkach. Czasami zastanawiała się, czy aby na pewno to oni są tymi, wygranymi?
Jaki warunki napotkają na planetach, które postanowili zasiedlić?
Czy będą miały już jakichś mieszkańców? Co stanie się wtedy?
Czy będą musieli walczyć, czy zostaną przyjęci pokojowo?
Pytań i wątpliwości było tysiące. Jednak spora grupa decydowała się ryzykować, nie widząc żadnej nadziei, na przetrwanie ich Cywilizacji tutaj.
Ona, i jej podobni, bez większych szans na ucieczkę, lub zwyczajnie nie chcący nigdzie uciekać, mieli jednak nadzieję...
Część naukowców skłaniała się ku temu, iż niewielka, błękitna gwiazdka ciągu głównego, wokół której krąży ich planeta, przetrwa wybuch swojego potężnego towarzysza bez większego szwanku.
Martwili się jednak o swoją planetę. Czy będą mieli gdzie wracać?
Czy promieniowanie, które będzie emitowane przez nowo powstałą po wybuchu gwiazdę neutronową, nie uniemożliwi im życia na ich planecie?...
Oderwała się od szyby i postanowiła przejść cichym, ponurym korytarzem.
Warunki na stacji były znośne, choć trudno było je nazwać komfortowymi.
Jej to jednak nie przeszkadzało. Przywykła już. To jej dom, tu się urodziła. Tu wyszła za mąż. Tu się urodziły jej dzieci.
Szła powoli, z opuszczoną głową, głęboko zamyślona.
W końcu przystanęła przy kolejnym, niewielkim oknie.
Planeta znajdowała się obecnie w zewnętrznej strefie systemu.
Z okna rozpościerał się podobny do poprzedniego widok.
Nie obejmował on setek stacji orbitujących w cieniu malutkiej planety, czy krążącej dalej, ich niepozornej, niebieskiej gwiazdki czy... potężnego, czerwonego nadolbrzyma.
- Znów te łzy...
Mało kto sypiał spokojnie. Nie znano dnia ani godziny, kiedy to wszystko się zacznie. Zupełnie jak z wulkanami na ich planecie.
Wiedziano o nich bardzo dużo, monitorowano różne parametry z nimi związane, a i tak, sam moment eksplozji pozostawał nieprzewidywalny...
- Ludzie powinni żyć na planetach, które je zrodziły... - Myślała nie raz, spożywając jałowy w smaku posiłek w jadłodajni, wśród dziesiątek podobnie, jak ona, egzystujących tu ludzi.
- Przy spokojnych, życiodajnych gwiazdach... - Rozmarzyła się...
Wstępne szacunki nie były niestety zbyt optymistyczne.
Naukowcy formułowali różne teorie i hipotezy. Część uważała, iż schronienie może im przynieść, ukrywanie się po przeciwległej stronie ich rodzinnej planety.
Zresztą, obecnie nie mieli i tak innego wyjścia. Miała nadzieję, iż w najgorszym wypadku, będą zmuszeni nadal żyć w orbitujących wokół planety, stacjach kosmicznych.
Zdążyli przywyknąć już do życia w cieniu swojego, kiedyś życiodajnego globu.
Nadal odwiedzali go i korzystali z dobrodziejstw z nim związanych, takich jak choćby, eksploatacja zasobów naturalnych. Po eksplozji jednak, wszystko może ulec zmianie.
- Znów te łzy... - Pomyślała zniecierpliwiona. Jej dzieci nie powinny widzieć, że płacze. Wkrótce wyjdą ze szkoły. Wspólnie zjedzą coś w jadłodajni
i wspólnie udadzą się do swoich skromnych kajut.
- Mam wspaniałą wiadomość! - Jej mąż grzmiał od śluz kajuty. - Zakwalifikowaliśmy się! Polecimy tam cała rodziną!
Dzieci doskoczyły do niego i rzuciły mu się na szyję. Ona nie wiedziała, co odpowiedzieć.
Słowa ugrzęzły jej w gardle.
- To wspaniała szansa na przetrwanie dla nas! - Objął ją i przytulił mocno.
Płakała. Tym razem już nie zważając na dzieci, płakała otwarcie.
Około pięciuset lat świetlnych od nich odkryto niepozorną gwiazdkę ciągu głównego, którą obiegało kilka planet. Naukowcy zwrócili szczególną uwagę na trzecią planetę tego układu. Sprawiała wrażenie stabilnej i miała niewielki księżyc. To ona stanowi cel ich podróży.
Pożegnanie z pozostającymi na stacji przyjaciółmi, resztą rodziny, było smutne i, pomimo usilnych starań, bardzo przygnębiające.
- Kiedyś i wam się uda. Też polecicie... - Wzajemne pocieszanie nie przynosiło żadnej ulgi.
Wyglądała przez niewielkie okno ich nowego statku kosmicznego. Lecieli wśród dziesięciu tysięcy wybrańców. Była jedną z ostatnich nadal przytomnych osób na pokładzie. Jej rodzina została już dawno ulokowana na swoich miejscach. Mają przed sobą kilkaset lat, zanim dolecą do celu. Ponad 99 procent tego czasu przehibernują w specjalnych komorach.
Wkrótce zaśnie i ona.
A co będzie potem...?
Czy uda im się dolecieć...?
Co lub kto, będzie tam na nich czekać...?
- Znów te łzy... - Pomyślała zniecierpliwiona, pogrążając się w coraz głębszym śnie...
niedziela, 13 sierpnia 2017
KRATER CHICXULUB
KRATER CHICXULUB
- Nie możemy tutaj się zapuszczać. Rodziciel nas strasznie ochrzani. – Ima wysyczał do Oma.
- Daj spokój. To tylko niewielki system planetarny na obrzeżach ramienia naszej galaktyki. Zwykłe peryferie. Nie ma tam nic ciekawego. Ale za to pełno jest fajnych, latających pomiędzy planetami, skał. Pogonimy się tam trochę. – Ima dotknął mackami ekran i skierował statek w kierunku planetoid, otaczających system planetarny. Oma, pędzący zaraz za nim swoim statkiem, zrobił to samo. Latali, zabawiając się trącaniem skał. Obserwowali, jak spalają się w górnych warstwach, potężnych gazowych olbrzymów. W końcu wlecieli w wewnętrzne strefy układu planetarnego.
- Oma, spójrz, na tej trzeciej planecie jest ciekawa atmosfera. Wlecimy zobaczyć co tam jest? – I nawet nie czekając na odpowiedź swojego mackowatego towarzysza, zaczął kierować swój statek w kierunku niebieskiej planety. Sprawnie omijali ziejące lawą, potężne wulkany. Ima podziwiał bogatą florę i faunę planety.
- Jest tu bogate i urozmaicone życie. – W końcu zachwycony wysyczał do Oma.
- Nudy. Strasznie prymitywne kilkunastometrowe stwory. – Ten mu w odpowiedzi wysyczał.
- A widziałeś te malutkie, ssące pokarm rodzicieli stworki? – Nie odpuszczał Ima.
- Tak widziałem. Widziałem też kilkumetrowe latające stworzenia, oraz kilkudziesięciometrowe pływające w substancji wodnistej. Nic ciekawego. Prymitywne stworzenia i tyle. – Syknął Oma, gdyż miał już dość zachwytów Ima. - Lećmy stąd. Nudno tu. – Ima sycząco przytaknął swoją galaretowatą głową. Mackami nadali nowy kurs swoim statkom, które skierowali ku centrum galaktyki. Po drodze minęli potężną planetoidę, o średnicy ponad dziesięciu kilometrów, którą dla zabawy, kilka godzin wcześniej wybili, ze swojej orbity. Zmierzała ku trzeciej planecie układu planetarnego…
Epilog:
Uderzenie ciała niebieskiego, w wyniku którego powstał krater Chicxulub (w Zatoce Meksykańskiej na Półwyspie Jukatan), miało miejsce pod koniec kredy (66 milionów lat temu). Uważa się, iż zdarzenie to, połączone z wzmożonym wulkanizmem (który utworzył trapy Dekanu) było powodem wymierania wielu grup zwierząt (m.in. potężnych gadów władających ówcześnie Ziemią). Z czasem nisze, powstałe po ich wymarciu, częściowo zdołały wypełnić niepozorne ssaki, z których po milionach lat ewolucji, wyłoniła się linia homo sapiens…
- Nie możemy tutaj się zapuszczać. Rodziciel nas strasznie ochrzani. – Ima wysyczał do Oma.
- Daj spokój. To tylko niewielki system planetarny na obrzeżach ramienia naszej galaktyki. Zwykłe peryferie. Nie ma tam nic ciekawego. Ale za to pełno jest fajnych, latających pomiędzy planetami, skał. Pogonimy się tam trochę. – Ima dotknął mackami ekran i skierował statek w kierunku planetoid, otaczających system planetarny. Oma, pędzący zaraz za nim swoim statkiem, zrobił to samo. Latali, zabawiając się trącaniem skał. Obserwowali, jak spalają się w górnych warstwach, potężnych gazowych olbrzymów. W końcu wlecieli w wewnętrzne strefy układu planetarnego.
- Oma, spójrz, na tej trzeciej planecie jest ciekawa atmosfera. Wlecimy zobaczyć co tam jest? – I nawet nie czekając na odpowiedź swojego mackowatego towarzysza, zaczął kierować swój statek w kierunku niebieskiej planety. Sprawnie omijali ziejące lawą, potężne wulkany. Ima podziwiał bogatą florę i faunę planety.
- Jest tu bogate i urozmaicone życie. – W końcu zachwycony wysyczał do Oma.
- Nudy. Strasznie prymitywne kilkunastometrowe stwory. – Ten mu w odpowiedzi wysyczał.
- A widziałeś te malutkie, ssące pokarm rodzicieli stworki? – Nie odpuszczał Ima.
- Tak widziałem. Widziałem też kilkumetrowe latające stworzenia, oraz kilkudziesięciometrowe pływające w substancji wodnistej. Nic ciekawego. Prymitywne stworzenia i tyle. – Syknął Oma, gdyż miał już dość zachwytów Ima. - Lećmy stąd. Nudno tu. – Ima sycząco przytaknął swoją galaretowatą głową. Mackami nadali nowy kurs swoim statkom, które skierowali ku centrum galaktyki. Po drodze minęli potężną planetoidę, o średnicy ponad dziesięciu kilometrów, którą dla zabawy, kilka godzin wcześniej wybili, ze swojej orbity. Zmierzała ku trzeciej planecie układu planetarnego…
Epilog:
Uderzenie ciała niebieskiego, w wyniku którego powstał krater Chicxulub (w Zatoce Meksykańskiej na Półwyspie Jukatan), miało miejsce pod koniec kredy (66 milionów lat temu). Uważa się, iż zdarzenie to, połączone z wzmożonym wulkanizmem (który utworzył trapy Dekanu) było powodem wymierania wielu grup zwierząt (m.in. potężnych gadów władających ówcześnie Ziemią). Z czasem nisze, powstałe po ich wymarciu, częściowo zdołały wypełnić niepozorne ssaki, z których po milionach lat ewolucji, wyłoniła się linia homo sapiens…
niedziela, 6 sierpnia 2017
TEORIA HIPERPRZESTRZENI
TEORIA HIPERPRZESTRZENI
Spacer nadbałtycką plażą był dla niego, jak zwykle, bardzo wyczerpujący. Wpatrywanie się w morską toń, przywoływało wspomnienia, a te wywoływały ból. Niestety, nie mógł nic na to poradzić. Wypatrywanie takich nieszczęśników jak on, poszukiwanie dowodów i odpowiedzi, od kilkunastu już lat, było jego celem…
…VIII wiek. 17 letni Eryk żeglował właśnie wraz ze swym ojcem na byrdingu. Celem ich podróży handlowej był słowiański Wolin. Pogoda dopisywała im wspaniale. Eryk postanowił wyskoczyć za burtę, aby nieco orzeźwić się w wodzie. Wtedy to się stało…
…Wpadł do wody z dużej wysokości, o mało nie tracąc przytomności. Szybko się otrząsnął z pierwszego szoku. Rozejrzał się wkoło. Po byrdingu ojca nie było śladu. Rozejrzał się ponownie na wszystkie strony. Nigdzie nie dostrzegł łodzi. Nie wierząc własnym oczom, zaczął krzyczeć z całych sił. Ale nikt mu nie odpowiedział. Jak szybko zdołał, zebrał rozbiegane myśli. Nie miał problemu z utrzymaniem się na wodzie. Ojciec, wytrawny wiking, zadbał o odpowiednie przygotowanie syna do życia. Ale nawet najwytrawniejszy pływak, nie zdoła dotrzeć do Wolińskiego brzegu, z miejsca, gdzie znajdowała się obecnie ich łódź. Eryk postanowił jednak płynąć. Pozostanie tutaj było równe śmierci…
…Kilka godzin później wyłowiła go załoga niewielkiego kutra, która wracała z całodziennych połowów, do przystani rybackiej w Mielnie - Unieściu…
…Wkoło niego kręciły się postacie w białych ubraniach. Był podpięty do jakichś maszyn, które wydawały dziwne dźwięki. Nie rozumiał języka w którym rozmawiano, jedyne co rozpoznawał, to pojedyncze słowa i niektóre sformułowania. Usłyszał i zapamiętał tylko jedno, ale za to wielokrotnie powtarzane słowo: „amnezja”, chociaż dopiero kilka miesięcy później, zrozumiał, co ono oznacza. Kręciło mu się od tego wszystkiego w głowie. Czuł się zupełnie zagubiony w tej nowej rzeczywistości, w jakiej się niespodziewanie znalazł…
Po wielu tygodniach psychicznej walki, w końcu powoli zaczął się godzić z nową sytuacją i postanowił podjąć próbę zaadoptowania się do nowej rzeczywistości XXI wieku...
Na teorię hiperprzestrzeni trafił przypadkiem, kilka lat później. Kiedy kończył studia z fizyki i astronomii, ktoś mu ją podsunął. Skrupulatnie przeanalizował jej główne założenia. W końcu natrafił na jakiś ślad, który potrafił sensownie wytłumaczyć, co się wydarzyło tamtego feralnego dnia. Samego przelotu przez tunel czasoprzestrzenny nie pamiętał, tylko bolesne uderzenie w taflę wody.
Teraz codziennie spacerował plażą w Mielnie, przyglądał się bacznie ludziom i lustrował taflę wody. Może nie był pierwszy, którego wchłonął tunel czasoprzestrzenny. Może przed nim byli inni, a po nim będą następni. Czasami wypływał swoim kutrem rybackim w morze, w miejsce, gdzie jak sądził, to się wydarzyło. A może ktoś właśnie płynie zszokowany do brzegu, jak on kilkanaście lat temu… Pogodził się już z tym zrządzeniem losu. Teraz miał misję odszukania podobnych sobie, o ile istnieli…
Cytaty:
„…Chociaż tunele stanowią fascynujący temat badań, najbardziej chyba intrygującym pojęciem, jakie może się wyłonić z dyskusji o hiperprzestrzeni, jest kwestia podróży w czasie…”
„…Przeważnie uczeni nie mieli zbyt wysokiego mniemania o kimś, kto poruszał kwestię podróży w czasie. Przyczynowość […] jest silnie zakorzeniona w podstawach nowożytnej nauki. Jednak w fizyce tuneli pojawiają się efekty „nieprzyczynowe”. Musimy wręcz robić dodatkowe silne założenia, aby zapobiec możliwości podróży w czasie…”
Źródło:
Michiko Kaku, 1997. Hiperprzestrzeń Wszechświaty Równoległe, Pętle Czasowe i Dziesiąty Wymiar. Na Ścieżkach Nauki. Prószyński i S-ka. Warszawa 1997. s.42.
Spacer nadbałtycką plażą był dla niego, jak zwykle, bardzo wyczerpujący. Wpatrywanie się w morską toń, przywoływało wspomnienia, a te wywoływały ból. Niestety, nie mógł nic na to poradzić. Wypatrywanie takich nieszczęśników jak on, poszukiwanie dowodów i odpowiedzi, od kilkunastu już lat, było jego celem…
…VIII wiek. 17 letni Eryk żeglował właśnie wraz ze swym ojcem na byrdingu. Celem ich podróży handlowej był słowiański Wolin. Pogoda dopisywała im wspaniale. Eryk postanowił wyskoczyć za burtę, aby nieco orzeźwić się w wodzie. Wtedy to się stało…
…Wpadł do wody z dużej wysokości, o mało nie tracąc przytomności. Szybko się otrząsnął z pierwszego szoku. Rozejrzał się wkoło. Po byrdingu ojca nie było śladu. Rozejrzał się ponownie na wszystkie strony. Nigdzie nie dostrzegł łodzi. Nie wierząc własnym oczom, zaczął krzyczeć z całych sił. Ale nikt mu nie odpowiedział. Jak szybko zdołał, zebrał rozbiegane myśli. Nie miał problemu z utrzymaniem się na wodzie. Ojciec, wytrawny wiking, zadbał o odpowiednie przygotowanie syna do życia. Ale nawet najwytrawniejszy pływak, nie zdoła dotrzeć do Wolińskiego brzegu, z miejsca, gdzie znajdowała się obecnie ich łódź. Eryk postanowił jednak płynąć. Pozostanie tutaj było równe śmierci…
…Kilka godzin później wyłowiła go załoga niewielkiego kutra, która wracała z całodziennych połowów, do przystani rybackiej w Mielnie - Unieściu…
…Wkoło niego kręciły się postacie w białych ubraniach. Był podpięty do jakichś maszyn, które wydawały dziwne dźwięki. Nie rozumiał języka w którym rozmawiano, jedyne co rozpoznawał, to pojedyncze słowa i niektóre sformułowania. Usłyszał i zapamiętał tylko jedno, ale za to wielokrotnie powtarzane słowo: „amnezja”, chociaż dopiero kilka miesięcy później, zrozumiał, co ono oznacza. Kręciło mu się od tego wszystkiego w głowie. Czuł się zupełnie zagubiony w tej nowej rzeczywistości, w jakiej się niespodziewanie znalazł…
Po wielu tygodniach psychicznej walki, w końcu powoli zaczął się godzić z nową sytuacją i postanowił podjąć próbę zaadoptowania się do nowej rzeczywistości XXI wieku...
Na teorię hiperprzestrzeni trafił przypadkiem, kilka lat później. Kiedy kończył studia z fizyki i astronomii, ktoś mu ją podsunął. Skrupulatnie przeanalizował jej główne założenia. W końcu natrafił na jakiś ślad, który potrafił sensownie wytłumaczyć, co się wydarzyło tamtego feralnego dnia. Samego przelotu przez tunel czasoprzestrzenny nie pamiętał, tylko bolesne uderzenie w taflę wody.
Teraz codziennie spacerował plażą w Mielnie, przyglądał się bacznie ludziom i lustrował taflę wody. Może nie był pierwszy, którego wchłonął tunel czasoprzestrzenny. Może przed nim byli inni, a po nim będą następni. Czasami wypływał swoim kutrem rybackim w morze, w miejsce, gdzie jak sądził, to się wydarzyło. A może ktoś właśnie płynie zszokowany do brzegu, jak on kilkanaście lat temu… Pogodził się już z tym zrządzeniem losu. Teraz miał misję odszukania podobnych sobie, o ile istnieli…
Cytaty:
„…Chociaż tunele stanowią fascynujący temat badań, najbardziej chyba intrygującym pojęciem, jakie może się wyłonić z dyskusji o hiperprzestrzeni, jest kwestia podróży w czasie…”
„…Przeważnie uczeni nie mieli zbyt wysokiego mniemania o kimś, kto poruszał kwestię podróży w czasie. Przyczynowość […] jest silnie zakorzeniona w podstawach nowożytnej nauki. Jednak w fizyce tuneli pojawiają się efekty „nieprzyczynowe”. Musimy wręcz robić dodatkowe silne założenia, aby zapobiec możliwości podróży w czasie…”
Źródło:
Michiko Kaku, 1997. Hiperprzestrzeń Wszechświaty Równoległe, Pętle Czasowe i Dziesiąty Wymiar. Na Ścieżkach Nauki. Prószyński i S-ka. Warszawa 1997. s.42.
Subskrybuj:
Posty (Atom)