piątek, 17 listopada 2017

Asteroida – 2096 rok (Część 3)

Nieśmiertelny Sojuz-K16 stał się teraz strategicznym holownikiem. Zacumował w naszym doku bez większych trudności. Jak tysiące razy wcześniej zresztą. Tylko, że teraz żyliśmy w zupełnie innej rzeczywistości, no i przytransportował nam cholernie niezbędną do przeżycia rzecz, wodę. Księżycową wodę. Anochin targował się z dowódcą Północnej Bazy III, Makarowem, przez wiele długich dni, zanim ten dobrodusznie zgodził się podarować nam odrobinę. Jakby drań nie rozumiał, że my naprawdę nie mamy skąd jej wziąć, a oni przecież śpią na jej księżycowych złożach. Później problemem było dostarczenie jej tutaj. Dowódca okołoksiężycowej, po równie długich negocjacjach zadecydował, iż ostatecznie zrobi to „dla dobra ludzkości”. W każdym razie, jakoś tak wzniośle się o tym wyraził. Cwaniak miał do dyspozycji Sojuza, z systemem holującym New Fregat. To cholernie dużo. A co my mamy? Sczepione z nami, bezużyteczne teraz Progress XXI i prywatną New Shepard, które nadawały się tylko do latania na niedostępną Ziemię.
Od myślenia o tym wszystkim, rozbolała mnie głowa. Wsparta o poręcz, patrzyłam przez okno w kierunku, otoczonej ciemnym pyłem, Planety. Po początkowym szoku i panice, instynkt samozachowawczy czy tam przetrwania, jak kto woli, zdominował poczynania większości z nas. Energia życiowa, nerwowo wytracana w płomieniach rozgorączkowanych emocji, przerzucana była teraz w kierunku wytężonej pracy. Duża w tym zasługa Anochina. Mówią, że dobrego dowódcę poznaje się dopiero w sytuacji kryzysowej. To, co wydarzyło się kilka tygodni temu, z całą pewnością kwalifikowało się do miana takiego właśnie ekstremalnego zdarzenia. Anochin, prywatnie mąż i ojciec piątki dzieci, ogarnął się w tym wszystkim chyba najszybciej z nas. Może pomogło mu twarde wyszkolenie wojskowe a może przekonanie, iż bliscy jednak przeżyli apokalipsę. Diabli raczą wiedzieć. Dość, że pochwycił i trzymał nas teraz silną ręką.
Łyk ciepłej, wodnistej kawy, spływał do żołądka, przyjemnie rozgrzewając ciało. Niespokojne wspomnienia, przeplatane luźnymi przemyśleniami, nadal krążyły w mojej głowie. Ciężko wzdycham, wpatrując się w okryty szarością glob, sunący cicho pod nami. Moją uwagę przykuwają coraz wyraźniejsze zawirowania w atmosferze. Od dłuższego już czasu staram się dostrzec w ich strukturze jakieś nieszczelności. Lekki szmer w korytarzu sekcji działa rozpraszająco i na chwilę odrywam od nich wzrok. Wołodia też ma teraz przerwę w pracy. Widzę, jak nieporadnie mocuje stopy w uchwytach przy sąsiednim oknie. Odwracam wzrok, nie chcąc go peszyć. To kosmiczny turysta, który tu utknął. Przyleciał na trzy dni, z jedną parą spodni i garstką bielizny. Teraz dostał służbowy uniform na zmianę, nieco przykrótki, bo akurat innego nie mieliśmy. Ma w ręce pożyczony kubek ze słomką, z którego powoli i z namaszczeniem wypija jakiś płyn. Kątem oka widzę, że równie intensywnie jak ja, usiłuje skupić swoją uwagę na ciemnoszarej powłoce, otaczającej Ziemię. Pozwalając swobodnie przebiegać myślom przez zmęczony umysł, uświadamiam sobie, iż lubię jego towarzystwo. Wołodia to jeden z nielicznych mieszkańców stacji, który skutecznie broni się przed popadaniem w ponury stan beznadziei i otępienia. Wciąż chyba nosi w sobie żywą nadzieję, że na dole ktoś jednak przetrwał. „Na Syberii nie takie mrozy mieliśmy” - już kilkakrotnie próbował zasiać w nas cień tej nadziei, kiedy Dowódca ponownie obwieszczał, iż nadal brak jest jakiegokolwiek sygnału z Ziemi. 

---

- Ta nieszczelność w śluzie mogła nas zabić, idiotko! - darł się tak, że niemal cała Baza trzęsła się w posadach. Tym razem jednak nikt nie próbował go uspokoić. Nawet Dowódca stojący z boku, słuchał tylko, sprawiając wrażenie zamyślonego, jakby nieobecnego.
- Szmata i gary zmywać! Potem całą Bazę wyliżesz! Zejdź mi z oczu! 
Drgnęła, ciężko oddychając, ale wciąż stała w miejscu. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ponownie się wytłumaczyć, ale ostateczne pod naporem wzroku Sierżanta, wyszła. W pomieszczeniu zaległa ponura cisza. Żołnierze i kilku cywili, oderwanych od swoich obowiązków krzykami, teraz powróciło do przerwanej pracy. Sierżant spojrzał wyczekująco na Dowódcę. Ten jednak nic nie odpowiedział. Odwrócił się na pięcie i wyszedł do swojej kwatery. 
- To z przemęczenia. Przydzieliłeś jej za dużo obowiązków. - Stojący za plecami Sierżanta Inżynier, próbował go trochę stonować. 
- Właśnie widzę. - Ten wycedził po chwili, zaciskając zęby w zdenerwowaniu. - O mały włos nie doszło przez nią do skażenia. Jak tak dalej pójdzie, to zdechniemy tu w radioaktywnych oparach. 
Spojrzał na wskazania sensorów, wyświetlane na monitorach. Nadchodziła kolejna pyłowa nawałnica. 
- Jeszcze i to! Szlag! Ściągnij ludzi i maszyny z terenu! Na dziś starczy. - Zamyślił się przez chwilę, po czym dodał, już dużo spokojniej i ciszej: - I wyślij ją do łóżka. Niech porządnie wypocznie. Jutro będzie potrzebna.

---

W korytarzu panuje taka cisza, że gdyby nie szum wentylatorów, pewnie słyszałabym bicie własnego serca. Widok za oknem, nie ulega większym zmianom. W głowie pobrzmiewają mi twarde słowa Anochina: „Nadzieja, to ważna rzecz, ale teraz musimy wdrożyć rozwiązania, które pozwolą nam tutaj przetrwać. Nawet zakładając, że ktoś się jednak pod nami uchował, to z całą pewnością ma teraz dość swoich problemów, aby zajmować się jeszcze naszymi. My zresztą też nie moglibyśmy nic zrobić, aby mu pomóc. Taka jest brutalna prawda. Musimy przyjąć, że zniszczeniu uległa cała infrastruktura na powierzchni Ziemi, w tym drogi, lądowiska, więc na razie nie ma opcji, abyśmy tam mogli wylądować.” 
Przełykam głośno kawę, lekko się krztusząc. To sprawia, że przez moment ja i Wołodia patrzymy na siebie. - Dobry chłopak, troskliwy. - Przez myśl przelatuje mi szybka refleksja. Przestaję kaszleć i gestem dłoni daję mu sygnał, że już dobrze. Obracamy się i ponownie wypatrujemy czegoś w ponurym widoku, rozpościerającym się za oknami. Coraz cięższe myśli przetaczają się przez moją głowę. - Ci z okołoksiężycowej nie mają aż takich problemów. Są bardziej zżyci z mieszkańcami księżycowych baz naziemnych. Mają lepiej obcykaną wymianę towarów. Uniezależnili się w dużo większym stopniu od ziemskich zasobów niż my. I zrobili to niemal od razu. - Spuściłam oczy, wypuszczając głośno powietrze. Tym razem ostrożniej pociągnęłam przez słomkę łyka wodnistej kawy. Ból głowy zaczął się wzmagać. Teraz czuję wyraźnie, jak pulsująco narasta. - Może ta reglamentowana w mikroskopijnych ilościach kofeina coś pomoże. - Pociągnęłam kolejny łyk. - Nie mam sumienia prosić o coś przeciwbólowego. Nie mamy skąd brać leków, więc ich zapasy pewnie wkrótce i tak ulegną wyczerpaniu. 
Cichy brzęczyk komunikatora wyrwał mnie z ponurego zamyślenia: - Odprawa w Sekcji Dowodzenia za dziesięć minut. -  Spotykam się z nieco zdziwionym wzrokiem Wołodii, jednak oboje nie zdobywamy się na żaden komentarz. Wydaje mi się jedynie, że głos Anochina jest nieco bardziej podekscytowany niż zwykle. – Ciekawe, co tym razem? – Odczepiamy się od uchwytów i przemieszczamy, sunąc niezbyt płynnie w powietrzu, w kierunku centralnej sekcji.

czwartek, 26 października 2017

Asteroida - 2096 rok (Część 2)

Stał przy swoim teleskopie, ustawionym w ogrodzie, spokojnie sącząc piwo. 
- Tam jest? Widzisz ją? 
Przyłożyła oko do okularu i spojrzała w niebo. Dostrzegła drgający, ledwo widoczny punkt. Zadrżała. Chyba to zauważył.
- Chcesz łyka? 
Nie odmówiła. 
- To ile mamy czasu? 
Nie odpowiedziała. 
- A ktoś jeszcze, oprócz nas, wypatruje tego ustrojstwa? 
- Możliwe. Ale jakie to ma teraz znaczenie?
Zimny trunek spływał do żołądka, dając chwilowe ukojenie rozpalonemu z emocji ciału. Spokojna, cicha okolica, z dolatującymi od czasu do czasu odgłosami rechoczących gdzieś w oddali żab, działała złudnie rozluźniająco. Astronom - amator, ze specyficznym nastawieniem do życia,  powoli lustrował nocne niebo, kontrolując co jakiś czas ‘swoją’ asteroidę. Powiedział jej kiedyś, dawno temu: „Jeśli ogłoszą, że wkrótce zderzy się z nami jakaś kosmiczna skała, to chciałbym to zobaczyć. I to najlepiej siedząc w pierwszym rzędzie, żeby nic mi nie umknęło”. Rozsądne podejście, przy tej całej jego ciekawości świata, nieuchronności zdarzenia i gdy nie ma perspektyw na ratunek. - myślała, gdy wraz z nim spoglądała przez teleskop w kierunku nadlatującej skały…

---

Miała szeroko otwarte oczy i usta uchylone w niemym krzyku. Przywarła do okna i trwała tam jak sparaliżowana. Widziała jak potężna skała, przedzierając się przez atmosferę, zaczyna płonąć. Zewnętrzne warstwy asteroidy, trąc o cząsteczki powietrza, błyskawicznie rozpalały się do temperatury rzędu kilku tysięcy stopni, topiąc się i odparowując. Blask ognia odbijał się na jej przerażonej twarzy. Oniemiały z szoku współpracownik, również zastygł w bezruchu, tuż za jej plecami. Obserwowali gigantyczną kulę, otoczoną żarem, wbijającą się bezlitośnie w kontynent euroazjatycki. Potężna energia, uwalniana podczas zderzenia, unosiła ogromne połacie ziemi na wysokość kilku kilometrów. Sam moment zderzenia trwał kilkadziesiąt sekund, choć dla przerażonej kobiety, tkwiącej w oknie Stacji, nieskończoność. Ktoś szarpnął ją za ramię, a może tylko szturchnął przez przypadek. Zabolało. Zapatrzona w widok za oknem, nie zwróciła na to jednak większej uwagi. Ze stanu głębokiego odrętwienia wyrwał ją drżący głos współpracownika:
- Ale jak to możliwe, że nie otrzymaliśmy wcześniej żadnej informacji z naszych podstacji? Systemów namierzania? - szeptał zaszokowany, tuż nad jej ramieniem. Szybki i płytki oddech sprawił, że głos uwiązł mu w gardle. Nie skomentowała jego słów. Patrzyła przed siebie nieprzerwanie, zupełnie otępiała. Skutki kataklizmu rozprzestrzeniały się, ogarniając swoim zasięgiem coraz większy obszar planety. Zaczęła drżeć. 
- A jakie to ma teraz znaczenie? - przebłysk myśli pojawił się na ułamek sekundy w jej świadomości i ledwo dostrzeżony, szybko umknął. 

---

Życie na globie powoli zamierało. Promienie Słońca z trudem przedzierały się przez atmosferę planety, spowijaną coraz grubszą warstwą pyłów. Ziemia targana wstrząsami wtórnymi, z roztrzęsionymi i spękanymi płytami kontynentalnymi oraz rozbujanymi dnami oceanicznymi, zachwiała się na stabilnej dotąd orbicie. Rozbudzony gwałtownymi naprężeniami skorupy i płaszcza ziemskiego wulkanizm, eksplodujący z gwałtowną siłą, zaczął ulegać stopniowemu wygaszaniu. Temperatura spadała i z godziny na godzinę pogarszały się warunki, umożliwiające egzystencję resztkom cudem ocalałej z kataklizmu fauny i flory. Nad spowitą mroczną aurą planetę, nadciągnął czas ciszy i ciemności, przerywanej jedynie wiejącymi gdzieniegdzie wiatrami. Skalistą powierzchnię Ziemi zaczęła otulać potężna kołdra gigantycznego zimna, znamionująca nadejście epoki lodowcowej. 

---

Minęło kilka tygodni. Niestety, do dzisiaj nie udało nam się nawiązać z nikim na Ziemi jakiegokolwiek kontaktu. Trwamy więc osamotnieni na orbicie. Mieszkańcy kilku baz na Księżycu i dwóch na Marsie są w zasadzie samowystarczalni. My i stacja okołoksiężycowa niestety musimy sobie to dopiero wypracować wieloma wyrzeczeniami i poświęceniem. Ja nadal trwam na swoim stanowisku w laboratorium, które teraz stało się jednym z kluczowych, dla przetrwania ludzi na Stacji. Zajmuję się optymalizacją i zwiększeniem produkcji pożywienia, bez którego przecież nie przetrwamy. Pojemniki z rozkwitającymi roślinami, ustawiane rzędem jeden przy drugim, zajmują teraz powierzchnię czterech sekcji. Jednak to wciąż mało. Od kilku dni przystosowujemy więc nową strefę. Pracy jest bardzo dużo, ale nikt nie narzeka. Musimy być niezależni aby jakoś przetrwać, podobnie jak te nieliczne ludzkie enklawy, porozsiewane na pozostałych dwóch globach. 

Dziś znów źle spałam, więc zaczęłam pracę wcześniej. Wiem, że jeden posiłek musi mi wystarczyć, ale cały czas czuję głód. Przenosząc kolejny rozsadnik, zerwałam ukradkiem listek i włożywszy do ust, zaczęłam go delikatnie i powoli przeżuwać. Żywność była wciąż i długo jeszcze będzie, deficytowym towarem na Stacji. Podniosłam głowę i spojrzałam przed siebie. W powietrzu, tuż przed moją twarzą, zawisła kropla. Załączyłam cichy odkurzacz, po czym otarłam rękawem pot z czoła. Wielogodzinna praca była koniecznością, jeśli mamy przetrwać. Pozwalaliśmy sobie jedynie na niewielkie chwile wytchnienia, jednak ja teraz muszę zrobić sobie dłuższą pauzę, inaczej zasłabnę. Stanęłam przy oknie. Długo nie mogłam przez nie patrzeć w kierunku Ziemi. Od jakiegoś czasu spoglądam jednak coraz częściej, w nadziei, że gęsta warstwa ciemnego pyłu zacznie się w końcu przerzedzać i zdołam dojrzeć powierzchnię tego martwego teraz globu… 

czwartek, 19 października 2017

Asteroida - 2096 rok (Część 1)

Zajęta sortowaniem dojrzewających roślinnych próbek w laboratorium, zerkała co jakiś czas w okno, w kierunku Ziemi. Stacja Kosmiczna sunęła bezszelestnie po okołoziemskiej orbicie, udostępniając widoki kolejnych połaci ‘błękitnej’ planety. Dźwięk cicho szumiących wentylatorów zagłuszany był jedynie przez spokojną melodię, którą delikatnie podśpiewywała pod nosem. Sczepione ze sobą sekcje Modułu Naukowego czasami lekko się kołysały. Drgania, przenoszone na elastycznych łączeniach, rozchodziły się wzdłuż całej Stacji. Kolejne drżenie wydało jej się silniejsze od pozostałych, więc zastygła w bezruchu, nasłuchując. Nagły odgłos skrzypienia, przerwał melodyjną ciszę i zdekoncentrował ją na tyle, że przez nieuwagę wysunęła nogi z opasek przytrzymujących. Odepchnęła lekko próbkę i pochwyciła uchwyt zainstalowany na ścianie sekcji. Jednak nie zdołała się go przytrzymać i nie udało jej się wrócić do równowagi. Przelatując powoli przez całe pomieszczenie, zatrzymała się miękko na przeciwległej ścianie. Stacja kończyła wykonywać rutynowy manewr, z wykorzystaniem bocznych silników, stabilizując swoją wysokość nad Ziemią. Współpracownik, obserwujący jej nieudolne ruchowe zmagania w stanie nieważkości, kiwnął ze zrozumieniem głową. 
- Widzę, że wciąż nie możesz się przyzwyczaić? - zagadnął, przyglądając się jej uważnie. Spojrzała na niego z nieporadnym uśmiechem. 
- Na razie wystarczy. Zrobimy przerwę. - Zdecydował i pociągnął ją za rękę w kierunku wyjścia. Wynurzyli się przez śluzę na korytarz. Wykonując płynne ruchy, wzdłuż ścian z okrągłymi oknami, poruszali się zwinnie do przodu. Po kilku metrach kobieta zatrzymała się przy jednym ze szklanych otworów, chcąc po raz kolejny wyjrzeć w kierunku Ziemi. Współpracownik płynnie odwrócił się w jej stronę i, chwytając za uchwyt przy ścianie, zatrzymał nieco dalej. Widząc, jak szeroko otwiera przerażone oczy, zbliżył się i sam wyjrzał na zewnątrz…

---

Wstrzymała oddech, analizując uzyskane dane. W półmroku, rozświetlanym jedynie ekranami monitorów, po raz kolejny usiłowała skupić całą swoją uwagę na rzędach cyferek. Kilkanaście godzin spędzonych na jednym z teleskopów, w potężnym kompleksie astronomicznym w Truszczynach, dawało się teraz porządnie we znaki jej zmęczonemu organizmowi. Dane przesłane przez znajomego miłośnika rozgwieżdżonego nieba były na tyle precyzyjne, że bez trudu odszukała pędzącą w przestrzeni międzyplanetarnej skałę. Patrzyła z coraz większym przerażeniem na wypełnione pola tabelek i projekcję przebiegu orbity potężnej asteroidy. Oddychała głęboko i niespokojnie. Ciche pikanie wskazywało na pojawienie się kolejnej partii danych. Ponownie wstrzymała oddech, sczytując je w skupieniu. Blade światło ekranu odbijało się na jej twarzy, uwidaczniając spływające ze skroni krople potu. W końcu opadła zrezygnowana na oparcie fotela i odchyliła głowę w kierunku niewielkiego, uchylonego okienka. Niesiona nocą cisza, przerywana jedynie delikatnym szumem aparatury i wentylatorów, nie dawała spodziewanego wytchnienia. Wstała i przeszła się wzdłuż ciemnego pomieszczenia, nie bardzo wiedząc, co ma teraz zrobić. 
- A co, jeśli jednak się mylę? - niespokojne myśli kłębiły się w głowie. Dochodziła północ. Wzięła kilka głębokich oddechów. Dała sobie parę minut na uspokojenie emocji. Ostatecznie zdecydowała rozesłać uzyskane wyniki, gdzie tylko się da. 
- I co dalej? - zastanawiała się, schodząc po stopniach ogromnego gmachu, skrywającego pod kopułą potężny teleskop. Szła, stawiając nerwowo kroki. Wykonała telefon do domu, ale nikt nie odbierał. Rozglądała się wokół, głęboko oddychając. Ogromna winnica, sąsiadująca z Obserwatorium, ciągnęła się aż po horyzont. Spojrzała w rozgwieżdżone, emanujące spokojem, niebo. Stała tak dłuższą chwilę, otulona nocną ciszą. Próbowała zebrać rozgorączkowane myśli, aż w końcu podjęła decyzję.
- Należy mu się odpowiedź. - wyszeptała, wsiadając do auta. Nie potrafiąc ocenić, ile czasu pozostało, ruszyła z piskiem.

środa, 27 września 2017

UFO w polu

Pisołech niydowno, jak to ftosi borowoł mi dziury w brzuchu, coby sie wywjedzieć jo co myśla ło UFO. 
Arthur C. Clarke,  kery pisoł dużo s-f , ale tyż popularyzowoł nauka, pedzioł kedyś, że jak ftosi nigdy niy widzioł UFO to znaczy, że jest kepskim łobserwatorym. Zdarzało mu sie widzieć UFO, ale nigdy niy mog pedzieć z czystym sumjyniym :widziołech pojazd Obcych.
Mje tyż to sie zdarzało, ale nojlepsze boło, jakech mjoł ta sekunda abo dwje, żech zwontpjoł...
Kedyś siedzonc przi piwie po Konferencji Meteorytowej w Olsztynie z uczonom profesurom, doktorami, docyntami itp. keryś z profesorów cosik tam pośmjywnie zaczon o UFO godać. Nastawjoł żech ucha. Kedy skończoł godom: 
- Jo kedyś widzioł UFO - na co profesor raczoł stwierdzić "Pierdolisz"! Inkszo rzecz, że to boła  z moji strony czysto prowokacja. W Polskim Towarzystwie Meteorytowym mom zaszczyt być łod samego poczontku, tj. 2002r i nigdy sie niy zgodało na tyn tymat. No i widza w tych profesorskich łoczach ździwjynie na blank ; zdowoł sie (jo znaczy) bez tela lot normalny, a tu co momy?...
- Doczkej - godom. Powjym jak boło, a potym sie pośmiejsz. A boło to tak:
Jechołech niyskoro wjeczór, no, noc już właściwie boła z roboty na kole. Z Gliwic przez Przyszowice i  na Chudów. Jedzie sie takom dość fest kryntom drogom z barzołami i lasym po bokach. Jesiyń głymboko już boła, mgła dość gynsto. Pociskom na kole w tyj mgle. Las po prawyj sie skończoł, i napoczły pola. Na polu, dobre 100 metrów w nim stoło te UFO. Łoświetlone, w kształcie dysku. Tak to wyglondało w tyj mgle. Rzondek lampek na dole i jedne jasne na wjyrchu. Szkoda żech aparatu niy mjoł! W pjyrwszyj sekundzie toch se pomyśloł: "Pjerona, majom mje!" W drugi sekundzie "Trza se to łobejrzeć z bliska". To, że to jest techniczne, a niy jakiś śwjycorz,  niy miołech wontpliwości.  Ślosżech z koła, zepar je ło drzewo i poszoł w pole ku tymu coś. Słychać boło ciche warczynie. UFO może warczeć pra? Ida i coroz lepi boło to widać, bo z jasnoka we ćmok żech wjechoł i łoczy zaczły sie  sztalować. To boł traktor z prziczepom do rozciepowania gnoju. Niyspodziankom mi to mniy bolo. Szkoda! 
Wszyske w śmjych, a profesor pyto  ze śmjychym "No dobra, ale skond pomysł ło UFO?" 
Bo to na pjyrwszy rzut łoka tak wyglondało, a jo niy mom tego zicheronga w łepje, w umyśle, że to niymożliwe, ale...  Bo przeca jakbych niy sprawdzioł yno citnoł, to mogbych godać ło UFO,  bo bych NIY WIEDZIOŁ co to boło. Musiołech sprawdzić, a niy domniymywać. Ale, jakby te coś wziyno i łodfurgło nigdy bych wom tego niy opowiedzioł...

Autor: Jerzy Strzeja